Carol 1

9 błędów, które popełniasz w pielęgnacji naczynek

Nie, nie będzie o kwasach, retinolu, laserze ani innych skomplikowanych wyborach. Chcę napisać o ośmiu banalnych, nagminnych błędach, które popełniasz w pielęgnacji cery z trądzikiem różowatym.

Wiele bym dała za to, żeby ktoś mi te błędy wytknął dawno dawno temu, kiedy po raz pierwszy zaczynałam się zastanawiać nad tym, jak ulepszyć stan mojej cętkowanej skóry. Być może do wielu rzeczy doszłabym szybciej, nie musiałabym tak po omacku wszystkiego próbować. Proste błędy, proste przyzwyczajenia, proste zmiany. Zapraszam: przeczytaj, zrób rachunek sumienia, podaj dalej znajomym, którzy też chorują na trądzik różowaty. Może ktoś skorzysta ze skrótu i nie będzie musiał nadkładać drogi do właściwej pielęgnacji i świętego spokoju.

1. Nadużywasz wody przy oczyszczaniu twarzy.

Do teraz pamiętam, jak na zagranicznym forum dla naczynkowców przeczytałam wpis kobiety, która przyznała (z pewnym zażenowaniem), że przełomem w jej pielęgnacji była… rezygnacja z mycia twarzy wodą. Tak, tak. Dziewczyna myła twarz średnio raz na dwa tygodnie! I co? Cera wypiękniała, rumień pojawiał się zdecydowanie rzadziej, zmniejszyły się podskórne grudki i częstotliwość występowania paskudnych „czerwonych kropek”, które są zmorą każdego naczynkowca. Banalnie proste, a tak kompletnie wbrew powszechnym zasadom zdrowej pielęgnacji.

Oczywiście, taka kompletna abstynencja miała pewnie swoje uwarunkowania: dziewczyna prawdopodobnie malowała się rzadko lub wcale, mieszkała w klimacie umiarkowanym, nie uprawiała sportu, etc. Dla mnie akurat radykalna rezygnacja z mycia jakiegokolwiek była nie do zrealizowania, ale ta historia stanowiła pewien ważny trop.

Prawda jest taka, że cera naczynkowa z reguły bardzo źle reaguje na wodę. Dla naczynek jest po prostu zbyt twarda. My tam sobie maziamy po twarzy, a dla nich to papier ścierny. Nawet teraz, po latach pielęgnacji, gdy moja skóra wygląda całkiem dobrze, a trądzik niemal zanikł, wystarczy, że na fali „A co mi tam” umyję twarz jakimś żelem myjącym, choćby i delikatnym, choćby i dostosowanym (rzekomo) do naczynek – i już widzę różnicę.

Jak unikać kontaktu z wodą przy oczyszczaniu twarzy? Mój sposób to stosowanie bufora (=zapory) w postaci mieszanki olejowej. Spryskuję twarz hydrolatem lub wodą termalną, a zaraz na to nakładam olej. To tworzy na twarzy pewną emulsję instant i sprawia, że woda „ślizga się” po powierzchni skóry i jej działanie jest o wiele łagodniejsze.

Dopiero po takim masażu, gdy twarz pokryta jest warstwą oleju, używam żelu / kremu myjącego / delikatnego mydła. Czasem używam dwóch specyfików (np. kremu myjącego + mydła), czasem jednego, ale wtedy myję nim twarz dwa razy. Dlaczego tak gruntownie? Bo już na wstępie ich działanie jest w pewien sposób utrudnione: twarz pokryta jest zaporą, buforem. To oznacza jednak, że nasze naczynka są chronione. Po takim oczyszczaniu skóra jest umyta, ale nadal pokryta delikatnym ochronnym filmem. To oznacza, że akcja oczyszczanie zakończyła się sukcesem 🙂

2. Nie przejmujesz się siarczanami w myjadłach do twarzy.

Ogólnie nie jestem antysiarczanowa, używam szamponów z SLSem, zdarza mi się też używać żeli pod prysznic z siarczanami, choć skóra drugiego wrażliwca, Agi, już w tym ostatnim przypadku marudzi. Do twarzy jednak już ich nie tykam. Nawet sporadyczny kontakt natychmiast kończy się mocnym ściągnięciem twarzy, czerwonymi kropkami i pajączkami.

Ostatnio spotkało mnie to nawet przy mocno rozcieńczonym STSie (Sodium Trideceth Sulfate), który ponoć ma mieć łagodniejsze działanie i właściwości odżywcze. (Stara a głupia: myślałam, że skoro na opakowaniu jest napisane: „odpowiedni nawet dla delikatnej skóry dziecka”, to w skład już się nie wczytywałam. Ech, kiedy ja się nauczę?).

Dla przypomnienia, siarczany to substancje myjące występujące w wielu kosmetykach do mycia twarzy, szamponach, pastach do zębów, a także w pospolitych środkach czystości. To one są odpowiedzialne za przyjemną pianę mydełka Fa 🙂 Ich zadaniem jest czyścić – i faktycznie robią to tak dogłębnie i tak agresywnie, że skóra wrażliwa, a zwłaszcza naczynkowa, natychmiast na tę agresję reaguje.

A wystarczy zmienić produkt. Nawet jeśli nic nie wiesz o składach kosmetyków, koniecznie zwróć uwagę na to, czy nie katujesz naczynek jakimś siarczanem, choćby słowo sulfate było jedynym, które rozumiesz w gąszczu INCI! Obecnie jest na rynku sporo myjadeł, które z powodzeniem mogą zastąpić specyfik z siarczanami (sprawdź emulsje Mediderm, Dermedic, Tołpa… trochę tego jest). Być może nie pienią się tak pięknie, ale naczynka odetchną z ulgą, a Ty to zauważysz, i to momentalnie.

3. Chodzisz słoneczną stroną ulicy.

Naczynka nie lubią słońca – choć mało wiadomo o trądziku różowatym, to akurat wiadomo na pewno. O filtrach pisała Wam już Aga i na pewno będzie o nich jeszcze niejeden raz, ale fakt jest taki, że najlepszą ochroną przed słońcem jest… niewystawianie się na intensywne promienie słoneczne. Wiem, genialny koncept!

To nie znaczy, że naczynkowcy skazani są na żywot wampira. Kocham światło słoneczne, cieszy mnie, że w domu mam wielkie okna i że mogę zaczynać każdy dzień jedząc owsiankę i wygrzewając się w porannym słońcu jak kot – ale zwykle nasłoneczniam tylko tył głowy 🙂

Kiedy wychodzę z domu w okolicy południa, a zwłaszcza po południu, nigdy nie znajdziecie mnie po słonecznej stronie ulicy. Po prostu. Nie chodzi tylko o promienie UV, ale również o efekty uboczne: o przegrzanie, wysuszenie, pocenie się pod warstwą kurzu, makijażu i filtra, o uczucie, że skóra nam pała i pulsuje. Reakcja skóry naczynkowej jest niemal natychmiastowa: rumień, czerwone kropki, grudki, pryszczyki i ogólne pogorszenie całego twarzowego ekosystemu.

Oczywiście, nie zawsze da się słońca uniknąć i wcale do tego nie namawiam. Ale jeśli rzeczywiście zaczniesz go unikać tak często, jak to tylko możliwe – to na pewno zobaczysz różnicę.

Nie musisz drastycznie zmieniać naszych nawyków, to „unikanie” to suma małych, trywialnych wyborów: Przejdę na drugą stronę ulicy, zmienię miejsce w autobusie / pociągu, nałożę kapelusz, wybiorę stolik zacieniony, a nie nasłoneczniony, wyjdę po sprawunki rano albo wieczorem, a nie w skwarze dnia, rozłożę koc pod drzewem albo krzakiem, kupię parasol przeciwsłoneczny albo parawan. Proste zmiany, wielkie efekty.

4. Skupiasz się na naczynkach, a zapominasz o innych (ważniejszych) potrzebach Twojej skóry.

Długo kupowałam same kremy drogeryjne „do cery naczynkowej” i dziwiłam się, dlaczego mimo „właściwej” pielęgnacji skóra jest szara, przyblokowana, zanieczyszczona, a trądzik różowaty jak był, tak jest. To częsty problem: zafiksowane na dręczącym nas rumieniu, nie widzimy, że w naszej pielęgnacji brak systematycznego oczyszczania, solidnego nawilżania czy delikatnego złuszczania. (Albo, tak jak było w moim przypadku, wszystkich trzech).

Tymczasem, jak pisałam już w Głodnych kawałkach o naczynkach, skóra nigdy nie jest tylko naczynkowa, a trądzik różowaty rzadko wisi w próżni. W moim przypadku cera była mocno sucha i mocno zanieczyszczona. Jej stan zmienił się zdecydowanie na plus, kiedy wreszcie odstawiłam kremy „do cery naczynkowej”, a postawiłam na comiesięczny peeling kawitacyjny, mocno nawilżający krem z mocznikiem (wtedy był to Xerial), a potem serum z witaminami i delikatny peeling dwa razy w tygodniu.

To jeszcze nie była świadoma pielęgnacja, nadal nie czytałam składów ani nie wiedziałam, jak naprawdę dogodzić mojej skórze, ale zaczęłam główkować we właściwym kierunku. Trądzik różowaty nie zniknął, ale dzięki temu, że nastąpiła ogólna poprawa stanu skóry i wyrównał się koloryt, podrażnienia były o wiele mniej widoczne, goiły się szybciej (bo dzięki lepszemu oczyszczaniu i regularnemu złuszczaniu nie ulegały tak częstym nadkażeniom), grudki były mniej widoczne (bo skóra była lepiej odżywiona), makijaż „leżał” ładniej, no i ja czułam się po prostu lepiej. Jest jeszcze dla mnie nadzieja 🙂

5. Używasz zbyt ciekawych kosmetyków.

Skóra wrażliwa i naczynkowa nie lubi być atakowana pakietem cudownych substancji aktywnych, i to dzień w dzień. To raczej nieśmiała mimoza: zbyt wiele zainteresowania i od razu czerwienieje.

Wiem, że się powtarzam, ale to pewnie dlatego moja skóra dosyć kiepsko reaguje na kremy dedykowane naczynkom. Są one zwykle pełne różnych ekstraktów: a to porzeczka, a to kasztan, a to oczar, a to azeloglicyna, a to rutyna, a to arnika… moja twarz toleruje taki nawał przez jeden, góra dwa dni, a potem bardzo asertywnie zaczyna mnie informować, że wcale jej to nie odpowiada.

Ta niechęć to „kremów do cery naczynkowej” to być może tylko moje dziwactwo, zresztą istnieje ich tak wiele, że trudno ładować je wszystkie do jednego wora. Ale fakt faktem: przy skórze naczynkowej bardzo dobrze może się sprawdzić Bardzo Nudna Pielęgnacja. Bardzo Nudna!

Tak było w moim przypadku i jeśli mimo świetnych kremów nadal jest u Ciebie źle, zresetuj pielęgnację: wyklucz wszystko poza jednym podstawowym kremem albo olejem, myjadłem, hydrolatem, ewentualnie pudrem mineralnym i… czekaj. Możliwe, że efekt Cię zaskoczy.

6. Chcesz zbyt wiele zbyt szybko.

Kwasy AHA! PHA! Retinol! Kwas hialuronowy! Niacynamid! Witamina C! Tyle tego dobrodziejstwa, że aż nie starcza dni w tygodniu, bo oczywiście musimy tego wszystkiego spróbować. W końcu czas ucieka, a zmarszczki nie wchłoną się same, prawda? I czy to nie ja sama mówiłam, że kwasy miały zdecydowanie pozytywny wpływ na moje naczynka? To hajda!

Stop. Przy cerze wrażliwej naprawdę uważaj na to, co kładziesz na twarz i jak często. Zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy kosmetyki stają się naprawdę skuteczne, a stężenia substancji aktywnych idą w górę. Cała blogosfera huczy o nowych kuracjach antytrądzikowych, niektóre harcerki stosują kwasy i retinol równocześnie ze świetnymi rezultatami i człowiek ma takie poczucie, że w zasadzie co to dla niego? Ja też bym mógł! Przy naczynkach jednak należy raczej stąpać tip-topami niż biegać wyczynowo. Mniej znaczy o wiele więcej.

Skóra lepiej zareaguje na jeden nowy kosmetyk wdrażany powoli i z wyczuciem przez dłuższy okres czasu, niż na rewię próbek rzucanych na twarz bez ładu i pomyślunku. Wracamy do punktu 5: kluczem do szczęścia naczynek jest NUDNA pielęgnacja.

To prawda, czasem korci mnie nowy bajerancki krem albo nowe niesamowite serum… ale wiem, że efekty będą mierne albo wręcz ujemne.

Moja pielęgnacja jest obecnie bardzo prosta, obraca się wokół jednego, dość nudnego i dość taniego kremu, olejów (zmienianych raczej z nudy niż z potrzeby) i comiesięcznych, równie tanich kwasów. Od czasu do czasu testuję jakieś proste serum, które kładę na twarz raz dziennie. Raz do roku przez kilka miesięcy stosuję retinol. Zwykle wybieram składy proste, wręcz banalne. Ta-da.

7. Maseczki zmywasz wodą i dziwisz się, że nie działają.

Trochę powtórzenie punktu 1, ale czułam, że ta kwestia zasługuje na osobny punkt. Bo niby mam świadomość, że woda mi szkodzi, ale z drugiej strony, jest tyle produktów, które ponoć „są dobre” na naczynka! Spirulina, ekstrakt z ananasa, różowa glinka… i człowiek ma takie poczucie, z tą nową maseczką „dla naczynek” ma specjalną dyspensę na zmycie jej wodą. Niestety, naczynkom nie pomoże żadne mazidło, jeśli później trzeba je zdzierać z twarzy przez bite 15 minut. O alternatywnym sposobie nakładania maseczek, tudzież o mumii, pisałam tutaj.

8. Uciekasz od makijażu.

Być może się niektórym narażę, ale jestem wielkim zwolennikiem pełnego makijażu dla cery naczynkowej, oczywiście odpowiednimi kosmetykami. Powodów jest sporo: makijaż maskuje rumień i poprawia nastrój, stanowi dodatkową ochronę przed czynnikami atmosferycznymi, zwykle zawiera dodatkowy filtr przeciwsłoneczny, a w przypadku podkładów mineralnych może wręcz łagodzić i dezynfekować stany zapalne.

Nie chodzi o nakładanie na twarzy „tapety”, ja na przykład jestem raczej zwolennikiem trendu make-up no make-up, lubię udawać, że „ach, właśnie wstałam z łóżka, wrzuciłam na siebie co popadnie i oto jestem” 🙂 Chodzi o nakładanie go tyle, aby przynajmniej poprawił Ci humor i przypomniał Ci, że Twoje życie nie obraca się wokół tego, jak dziś wyglądają Twoje naczynka.

9. Non-stop analizujesz, jak wygląda skóra.

Dwa słowa: Nie warto.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż wykonać.

Pamiętam czas, kiedy wchodząc do łazienki w ciągu dnia, bałam się spojrzeć w lustro, żeby nie widzieć, co tam znowu się na twarzy pojawiło od ostatniej godziny. Cera naczynkowa potrafi zmieniać się niemal z minuty na minutę.

Rano po nocy może wyglądać całkiem dobrze. Po prysznicu, kiedy wchodzi w kontakt z wodą albo z szamponem i rozgrzewa się od pary, już wszystko na nic: cera wygląda jak zwykle. Ledwo się uspokoi, już leci rumień po kawie. Potem stres w pracy. Kolejna kawa. Suche powietrze z klimatyzatora. Gorąca zupa. Ciężka torba z laptopem – i już pajączki z wysiłku. Wywieszanie prania, jeszcze broń Boże jakiegoś sportu mi się zachciało. I tak dalej.

Tu dużo mi pomogło poranne nakładanie makijażu. Ale też trzeba się nauczyć nie przejmować, odetchnąć głęboko – i naprawić to, co w pielęgnacji robiło się źle 🙂

Co dodałybyście do tego zestawienia? Czy też popełniacie / popełniałyście te błędy? Co sprawdziło się u Was?

Karolina

Całe życie walczę z trądzikiem różowatym. Na szczęście dzięki właściwej pielęgnacji udało mi się go plus minus rozłożyć na łopatki. Na tym blogu zdradzam wszystkie moje pielęgnacyjne tajemnice. Nadstaw ucha :)

  • Mru

    Cieszę się, że nie mam cery naczynkowej, bo nie potrafilabym zrezygnować z mycia twarzy czy zmywania maseczek wodą 🙂

    • Karolina

      Wiem, dla posiadaczek innej cery takie mycie-niemycie to abstrakcja. Dla mnie natomiast to abstrakcja, kiedy słyszę o dziewczynach myjących twarz płynem micelarnym + żelem + glinką rhassoul + peelingiem, żeby była czysta „aż piszczy”. Każda skóra ma inne potrzeby 🙂

  • Ja to nie jestem zbyt wyrozumiała dla mojej skóry, ale na szczęście mam odporną skórę i włosy i wszystko znoszą 😉

    • Karolina

      Zazdroszczę 🙂 Mam znajomą, która szoruje twarz fusami do kawy, bo inne peelingi zupełnie nie dają efektów 🙂 I skórę ma ładną, mimo używania kompletnie przypadkowych kremów z drogerii. Życie jest niesprawiedliwe 😛

  • monika warzych

    woda, tutaj całkowicie się poddaję, po prostu nie mogę wyzbyć się uczucia, że tylko ona sprawia, że twarz jest czysta. no i tylko mycie wodą sprawia, że nie mam wyprysków. za każdym razem jak próbuje myć ją mleczkami, tonikami, wodami micelarnymi konczy się po prostu wypryskami. wybieram więc wodę i lekkie podrażnienie po niej 😉

    • Karolina

      Też nigdy nie sprawdzały się u mnie mleczka i wody micelarne. Przez dość długi czas używałam pianki myjącej Aveeno i to było jedno z lepszych rozwiązań. Obecnie jednak już czwarty rok stuka, jak używam OCM (Oil Cleansing Method) + mydła. Będzie o tym post na blogu jakoś niedługo. Masaż olejem zakończony myciem mydłem. To zdecydowanie rozwiązało wiele moich problemów i w sumie choć co jakiś czas zmieniam coś w pielęgnacji, to tego w ogóle nie ruszam i nie zamierzam. Efekty są piorunujące.

      • Aga

        Mydło, brrr, mnie na samą myśl dreszcz przechodzi 😀 A przywiązanie do wody znam i rozumiem, bo u nie też tylko ona gwarantuje, że wypryski pod kontrolą. Z grubsza przynajmniej. Jak dla mnie balsam myjący + łagodny żel = szczęście.