Podsumowanie Pielęgnacji 2016 1a

Odkrycia 2016: podsumowanie pielęgnacji

2016 dobrym rokiem był. Działo się oczywiście to, co zwykle, ale przede wszystkim urodził się Panicz. Co oznaczało, że pierwsza połowa roku upłynęła w ciąży, a druga w niedospaniu i życiowym minimalizmie, co – jak się okazało – pielęgnacyjnie zrobiło mi doskonale. Trochę odkryłam nowości, a większość z radością sobie przypomniałam, poniżej więc kilka moich przemyśleń AD 2016.

1. Minimalizm – z tym da się żyć

Skóra w ciąży to osobny temat, ale generalnie przeszkadzały mi wszelkie zapachy i podsuszyło mnie, jak podwawelską, więc garnitur kosmetyczny musiałam zmienić kompletnie. Dodajcie do tego kilkumiesięczny wygląd walenia wyrzuconego na brzeg i jasne staje się, dlaczego nic mi się nie chciało i ograniczałam się do naprawdę niezbędnego minimum.

Stwierdziłam, że skoro już minimalizm, to z głową, więc skupiłam się na składnikach, które wiem, że mają potwierdzone naukowo działanie. Retinolu w okolicy dziecka nie wolno, więc wybór mi się zawęził. Używałam witaminki C, którą znosiłam co drugi dzień bardzo ładnie, toniku z leciutkim kwasem tu i tam (smaczek miesiąca, różnie bywało z rodzajem) oraz nawilżaczy i było cudnie.

Wszystko oczywiście super delikatnie wprowadzane – patch-testowane, w małych stężeniach itp. Oczywiście moja skóra jest moją, znamy się trochę i dlatego odważyłam się np. na normalnie nie polecany w ciąży kwas – bądźcie super ostrożne w tym czasie, żeby nie zrobić sobie ani maleństwu kuku. Filtr w ciąży mur-beton, niezależnie od kwasów. Przebarwienia nie śpią.

Wzniesienie się ponad mój normalny wir tysiąca produktów dobrze mi zrobiło – na dłużej mi to pewnie nie zostanie, ale dobrze sobie przypomnieć, do czego wracać w razie czego.

2. Można delikatnie i skutecznie jednocześnie

Moja skóra mieszana-trądzikowa latami przez dermatologów (chyba już starego sortu, coś się chyba powoli zmienia w tym temacie, na szczęście) oraz wszelkich życzliwych traktowana była specyfikami o mocnym działaniu i konkretnych składnikach, zwłaszcza oczyszczających. Że to był błąd dziś już wiem, ale stare przyzwyczajenia łatwo nie znikają.

Dlatego ciążowa konieczność przejścia na najbardziej delikatne oczyszczanie napawała mnie zgrozą. Jak się okazało – zupełnie niesłusznie.

Delikatne kosmetyki myjące – choć często zupełnie wyzute z jakiegokolwiek czynnika przyjemności – sprawdziły się naprawdę dobrze. Nie pienią się, pachną brakiem zapachu, mają często śmieszną konsystencję i w ogóle zero frajdy, ale działają. Dodatkowym bonusem okazało się odkrycie PH i jego znaczenia dla zdrowego płaszczyka skóry – polecam cały post o PH w kosmetykach myjących.

3. Makijaż, czyli jak go nie robić

Nie zrozumcie mnie źle – kocham make-up i nic tego nie zmieni, ale jak każdy wrażliwy trądzikowiec zrozumie – czasem z tym przesadzałam. Z czasów naprawdę ogromnych problemów z cerą została mi obsesja ukrywania każdego przebarwienia, blizenki, czerwoności i właściwie wszystkiego.

W 2016 z przyczyn oczywistych sprawa się rypła – nie miałam siły, czasu ani ochoty na pełną tapetę i wiecie co? Świat się nie skończył.

Przyzwyczaiłam się do swojego wyglądu saute w lustrze. Czasem nie jest pięknie, ale trudno. Nadal lubię rzucić odrobinkę korektora przed wyjściem z domu, ale nie potrzebuję już pełnej zbroi na wizytę w warzywniaku. Jest mi z tym lżej, a i skóra chyba czuje się lepiej w wersji light.

Taki detoks nie jest łatwy i gdyby sytuacja życiowa mnie do tego nie zmusiła, raczej bym nie dała rady, ale cieszę się ogromnie, że się udało.

4. Glinka moja miłość

No kocham glinki i już. Długo korzystałam z gotowych maseczek (wspominałam lenistwo?), z różnym skutkiem, ale w 2016 wróciłam z podkulonym ogonem do sypkiej białej glinki i kocham! Podkręcam ją czasem spiruliną, węglem, kurkumą i plejadą innych gadżetów, ale glinka jest zawsze.

Mam w planach w tym roku przetestować inne kolory, których po Poznańskiej Masakrze Glinką Zieloną trochę się bałam. Rozpoczynam też test porannego mycia twarzy glinką porcelanową, dam znać jak poszło.

5. Podkłady mineralne

Trochę oszustwo, bo odkrycie jest z grudnia 2016, ale co mi tam 🙂 Zdaje się, że już każdy i ich wujek próbował kosmetyków mineralnych, używał, pokochał, znudził się i zapomniał, ale dla mnie odkrycie dotyczy nie tyle istnienia minerałów, co znalezienia (chyba) czegoś, co faktycznie się u mnie sprawdza.

Karolina od lat opowiadała mi o zaletach minerałów, więc próbowałam i próbowałam i kurczę blade – nie wiedziałam o co ten big fuss. Ważyły mi się, ciastowały, świeciły, podrażniały, właziły w pory, nie kryły, nigdy nie miały odpowiedniego koloru – jak dla mnie zero zalet. I jeszcze w pudrze toto, serio? Miałam znane i niszowe, polskie i zagraniczne, kompletna wtopa.

Aż tu w grudniu, w przypływie w sumie nie wiem czego, zamówiłam próbki z kilku polskich firm i szok. Nie wiem, czy zmienili formulacje, czy co, ale jedne pasują mi jak dotąd znakomicie. Pięknie kryją, kolor idealny, szybko się nakładają, bajka normalnie. Nie podaję firmy, bo za krótko używam, żeby wiedzieć na pewno, czy fajne, ale początek jest wielce obiecujący.

Ogarniam pudry i ewentualnie korektory – wszelką kolorówką poza tym w pudrze absolutnie się brzydzę, za dużo z tym zachodu. Mam też jasną wykładzinę w sypialni, to chyba wiele mówi.

Bonus track – techniki relaksacyjne

Żaden ze mnie guru lifestyle’owy, ale poważnie zaczęłam w 2016 doceniać świadomy relaks. Bezdzietną będąc, normalne były dla mnie wieczory z filmem, długie kąpiele z pianką i w ogóle prawie nieograniczony czas dla siebie.

Tymczasem Lord Czerwik się na świecie pojawił i koniec rumakowania. Dlatego musiałam wypracować sobie małe przyjemności, które celowo planuję, bezlitośnie egzekwuję i tak zachowuję przeciętną jasność umysłu, tudzież zdrowe zmysły. Dlatego poświęcę temu Cały Post. A co. Bo mogę.

Co Wy odkryłyście w minionym roku? Podzielcie się z nami koniecznie!