Filtry Przeciwsłoneczne

Filtry przeciwsłoneczne – część II

Co z filtrami zimą lub w pochmurny dzień? Czy używać kremu ochronnego, gdy wiem, że będą mi robić zdjęcia? Czy nie wystarczy mi ochrona w podkładzie? Mamy już podstawowe informacje na temat filtrów, ale jest jeszcze kilka pytań, które często słyszę i oto nadszedł czas, aby się nimi zająć.

Miejscami będzie trochę bardziej naukowo, niż zwykle, ale zostańcie ze mną – z promieniowaniem naprawdę nie ma żartów, szczególnie kiedy na rynku mamy tyle genialnych kosmetyków, które na skórze działają cuda, ale wymagają solidnej ochrony przeciwsłonecznej. Nawet jeśli nie używamy fotouczulających kwasów, retinoidów ani wyciągów roślinnych, skóra za używanie filtrów może nam tylko podziękować – teraz i w przyszłości.

Podkreślam jeszcze raz – nie chodzi o to, żeby korzystaniu z filtrów podporządkować teraz całe życie i kompulsywnie smarować się kremem z SPF50+. Cała ta seria ma na celu tylko jedno – przekonanie, że filtry są potrzebne, korzystne i każdy może je stosować, na swój sposób.

Lecimy więc:

1. Czy potrzebuję filtra zimą, w cieniu lub w pochmurny dzień?

Zasada jest prosta – tam gdzie jest jasno, jest też promieniowanie UV. Czyli zimą oraz w cieniu także potrzebujemy ochrony.

Pozostawanie w cieniu oczywiście pomaga – szczególnie poszkodowanym słonecznie jak ja, którzy spalają się na raka w pięć minut. Promienie zatrzymują się na parasolu, odbijają się od gałęzi drzewa itp, ale nawet 50% promieniowania UVA może docierać do naszej skóry mimo tego, dlatego w słońcu czy pod daszkiem – smarujmy się!

Filtr w pochmurny dzień to szczególnie ważny temat dla Polaka, bo u nas faktyczne słońce bywa raczej na gościnnych występach – czy więc w normalnej polskiej pogodzie faktycznie potrzebuję filtra? Chmury zatrzymują od 10 do 80% promieniowania ultrafioletowego, średnio 40% (więcej o ultrafiolecie i jego skutkach tu). Łatwo więc zauważyć, że podczas zimowego spaceru bez ochrony złapiemy więcej UV, niż na plaży latem posmarowane filtrem.

Wystarczy wyjrzeć przez okno, aby przypomnieć sobie, że nie jesteśmy pod względem nasłonecznienia na Florydzie, ale codzienny krem nawilżający spokojnie możemy zamienić fajnym lekkim filtrem i wszyscy będą zadowoleni.

2. Czy mogę wymieszać filtr z podkładem?

Tłuste, nieprzyjemne tradycyjne kremy z filtrem przyzwyczaiły nas do tego, że ciężko na nie nałożyć makijaż, a nawet jeśli się uda, to po kilku godzinach wszystko zaczyna spływać, ważyć się i mamy ogólny klops. Pasztet. Kaszankę. Wiecie o co mi chodzi 🙂

Dlaczego więc nie wymieszać filtru z podkładem i nie zrobić lżejszej, przyjemniejszej mieszanki? Niestety, nie ma tak dobrze. Jak wspominałam wcześniej, filtr musi być na twarz nałożony w odpowiedniej ilości, żeby chronił jak trzeba. Wymieszanie odrobiny z podkładem jest pewnie lepsze niż nic, ale konkretnej ochrony na pewno nam nie da. Poza tym, taka mieszanka sprawi, że i podkład i filtr stracą swoje najlepsze cechy – po co więc robić takie cuda?

Jak mówi mój ulubiony spec IT (hallo, Eduard!): „przy zastosowaniu odpowiedniego ciągu, świnie latają całkiem dobrze. Nie oznacza to jednak, że jest to dobry pomysł”.

Moim zdaniem lepiej nałożyć normalną warstwę filtra o konsystencji kremu na dzień (nawet jeśli oznacza to zejście z SPF50 do SPF20) i zostawić podkład w spokoju.

3. Czy jeśli mój podkład ma SPF to nie wystarczy?

Jak wyżej – ilość nałożonego produktu decyduje o tym, czy chroni przed promieniowaniem UV, czy jest pod tym względem zupełnie bezużyteczny. Ponieważ szczerze wątpię, żeby ktokolwiek nakładał 2mg/cm kwadratowy podkładu, kremu BB czy nawet nawilżającego kremu koloryzującego, raczej nie jest to rozwiązanie.

Czy lepiej tak, niż wcale? Pewnie tak. Ale na pewno nie w przypadku osób stosujących kwasy lub inne fotouwrażliwiające składniki. Kosmetyka poszła do przodu, Kochani, a filtry razem z nią (choć może niekoniecznie w naszej szerokości geograficznej) i naprawdę można znaleźć filtr, który z powodzeniem zastąpi nam krem na dzień. A mówi to osoba mająca latem skórę zdecydowanie tłustszą i trądzikową, więc naprawdę każdy może.

4. Co z olejem z pestek malin i naturalnym SPF?

Od dłuższego czasu propagatorzy „naturalnej” pielęgnacji proponują nam oleje, które mają nas chronić przed słońcem. Olej z pestek malin, masło shea, olej kokosowy, sojowy, z nasion dzikiej marchwi (!!!) – jest tego trochę. Czy więc mogę użyć oleju i nie bać się słońca?

Moim zdaniem – absolutnie nie. Nie znalazłam żadnych godnych zaufania badań w tym temacie, nikt nie wie ile tego nakłada ani czy oleje z różnych źródeł i zbierane o różnej porze, różnie przetwarzane mają podobne właściwości. Żadna organizacja medyczna nie wyraziła poparcia dla ochrony olejami, nie ma też ani pół regulacji ani wymogów technicznych do spełnienia dla takiego kosmetyku. Nikt tego nie kontroluje – wolna amerykanka.

Dla mnie to dyskwalifikuje oleje jako jedyne źródło ochrony przeciwsłonecznej. Eko-blogi postulują nawet SPF50 dla niektórych olejów, a to jest już zwyczajnie niebezpieczne. Jeśli skusi się na to np. użytkownik retinoidów lub kwasu glikolowego i zrobi sobie oparzenie albo przebarwienia na całe życie, to nikt za to nawet nie odpowie.

Reasumując – jeśli skórę masz zdrową, lubisz oleje, mieszkasz w cieniu i nie używasz w pielęgnacji niczego, co wymaga używania prawdziwego filtra, na swoją odpowiedzialność weź olej malinowy. A na to najlepiej nałóż krem z filtrem 🙂

5. Czy filtr musi bielić i błyszczeć się na zdjęciach?

Większość z nas przyzwyczaiła się, że jeśli będą nam robione zdjęcia, to nie nakładamy filtra, bo twarz będzie wyglądać jak świecąca bombka choinkowa-albinos. Ale czy tak być musi? Przecież zdjęcia robimy np. na wakacjach lub imprezach plenerowych, jak tu nie nosić filtra?

Problem bielenia i nienaturalnego błysku na zdjęciach, zwłaszcza z lampą błyskową, dotyczy głównie filtrów mineralnych. Jak pisałam w poprzedniej części historii filtrowych, modus operandi filtrów mineralnych polega na odbijaniu promieniowania, nic więc dziwnego, że cząsteczki minerałów odbijają również inne światło. Bielenie bierze się z tego, że białych z natury minerałów musi być w kremie spora ilość, żeby zapewnić ochronę – niestety, wywołuje to często efekt makijażu XVI-wiecznego markiza francuskiego.

Co z tym zrobić? Niewiele się da 🙂 Niektóre nowoczesne kremy ochronne wykorzystują technologię mikronizacji cząsteczek tlenku cynku i dwutlenku tytanu, co pozwala zminimalizować lub całkiem usunąć upierdliwe cechy filtrów mineralnych. Mikronizacja jednak wzbudza moją osobistą nieufność, więc raczej się na nią nie skuszę.

Do zdjęć natomiast polecam filtry chemiczne, które na fotkach nie wyglądają inaczej, niż zwykły krem nawilżający. Przypominam też, że podobny efekt kuli dyskotekowej potrafią zafundować nam niektóre pudry HD lub soft-focus, które również odbijają i rozpraszają światło.

Tyle w tej części – kłębi mi się w głowie jeszcze kilka tematów, ale poczekam na Wasze komentarze 🙂 Co myślicie o filtrach? Używacie na co dzień? Jeśli tak, to fizyczne, chemiczne, łączone? Macie jakiś swoich ulubieńców? Chcecie poznać moich?

 

  • Piękna jest ta miedziano-złota tubka, nigdy takiej nie widziałam! 🙂

    • Aga

      To BB cream Missha Signature Real – mało że opakowanie piękne, to produkt też jest super. Ładnie kryje, jest jasny, ma dodatkowy filtr spf 25 i dobrze znosi nawet ostatnie gorące dni. Można łatwo dostać próbkę, naprawdę polecam 🙂