Filtry Przeciwsłoneczne Uva, Uvb

Jak filtr to tylko SPF50+ i inne nieporozumienia na temat filtrów przeciwsłonecznych

Filtry przeciwsłoneczne to wielki, różowy słoń na środku kosmetycznego pokoju – wszyscy wiemy, że tam jest, ale nie bardzo chcemy go tknąć. W tym temacie wszystko już było, każdy chyba wie już, że filtry trzeba stosować, są dobre, korzystne, genialne, niezbędne i niezastąpione – it’s good for you.

Jak to jednak pogodzić z faktem, że często są tłuste, kleją się, wysuszają, makijaż po nich spływa i po kilku godzinach wygląda się w nich po prostu źle? Po co mi długoterminowe korzyści, które zobaczę być może dopiero na emeryturze, jeśli na co dzień wyglądam przez to do kitu?

Poza tym wokół filtrów wytworzyło się sporo internetowych mitów, a skomplikowane i zmieniające się systemy oznaczeń na opakowaniach nie ułatwiają sprawy. Jak żyć? A konkretnie – jak żyć z filtrem? Czy w ogóle warto?

1. Co mi da filtr – czyli co ja z tego będę mieć?

Na początek – kilka słów od ojca prowadzącego 🙂 Moja historia z filtrami zaczęła się, gdy byłam w liceum (tak, wtedy jeszcze nie było gimnazjów :)) i dermatolog przeprowadzający na mnie morderczą kurację przeciwtrądzikową zalecił ich stosowanie.

Szybko okazało się, że „dobre” filtry były drogie i niestety bardzo nieeleganckie w stosowaniu (patrz lista wad powyżej). Przez lata kupiłam dziesiątki kremów, mleczek, żeli, żel-kremów i wszelkich pochodnych – aptecznych i w końcu drogeryjnych, bez powodzenia. Poza tym praktycznie każdy filtr mnie zapychał, co było już totalnie nieśmieszną ironią losu, skoro miałam ich używać z powodu leczenia anty.

Jak widać, jestem pierwszą osobą, której doświadczenia z filtrami przeciwsłonecznymi nie skłaniają do ich używania? Po co mi w takim razie filtry i co mnie przekonało do ich stosowania?

Długo żyłam w przekonaniu, że są tylko dwie zalety używania filtrów: ochrona przed rakiem skóry i protekcja konieczna przy stosowaniu leków uwrażliwiających skórę na promienie UV, np. kwasów lub retinoidów. To oczywiście prawda, ale jest jeszcze kilka typowo kosmetycznych powodów (dobrych!), żeby filtry stosować, oto tylko kilka z nich:

  • promieniowanie UV jest głównym powodem starzenia się skóry (nawet 80%), filtry zapobiegają zmarszczkom i opadaniu owalu twarzy – filtr to najtańszy i najskuteczniejszy krem przeciwzmarszczkowy,
  • filtry zapobiegają podrażnieniom i zaczerwienieniom, więc są idealne dla cer trądzikowych, różowatych,
  • stosowanie filtrów znacznie ogranicza powstawanie zaskórników – serio! żeby ktoś mi to powiedział lata temu…
  • filtry chronią przed przebarwieniami i pozwalają stosować produkty, które usuwają stare zmiany pigmentacyjne.

Czy krem przeciwsłoneczny nie wygląda od razu jakoś atrakcyjniej? A co jeśli dodam, że w „dzisiejszych czasach” dostępne są produkty z filtrem, które w użyciu i działaniu są jak aksamitny, luksusowy kosmetyk pielęgnacyjny? Ja, odkąd znalazłam kilka filtrów, które mogę stosować bez bólu na co dzień, naprawdę zobaczyłam różnicę na plus. Więcej na temat wyboru dobrej konsystencji poniżej.

2. Co oznacza SPF i PPD? PA? Szeroko-spektralny?

Od rozmaitych oznaczeń na buteleczkach z filtrami może się zakręcić w głowie. Mamy faktory SPF, PPD, PA z plusikami, poza tym dodatkowe opisy itp – jak się w tym wszystkim połapać?

Wbrew pozorom nie jest to takie trudne. Ogólnie, oznaczenia dotyczą ochrony przed dwoma rodzajami promieniowania: UVA i UVB. W dużym skrócie, promienie UVB są odpowiedzialne za rumień i oparzenia słoneczne, a UVA wnikają w głębokie warstwy skóry i powodują np. fotostarzenie i poważne choroby. Istnieją też inne długości fal i podkategorie promieniowania, ale nie będę się w nie zagłębiać (choć mnie korci), a chętnych zapraszam do lektury tego artykułu z Krakowskiej Akademii.

Oznaczenia UVB:

znany wszystkim współczynnik SPF (Sun Protection Factor) oznacza wysokość ochrony przed promieniami UVB. Aktualnie w Europie ma on wartość od 1 do 60, ale zazwyczaj maksymalną wysokość określa się jako SPF 50+. Konkretnie działa to mniej więcej tak: jeśli normalnie na słońcu moja skóra zaróżowi się po 10 minutach, to krem z filtrem 50 pozwoli mi wydłużyć ten czas x50:

10 minut x SPF 50 = 500 minut

Czy to oznacza, że im więcej, tym lepiej? Czyli krem z SPF 30 chroni o połowę lepiej niż SPF 15, a SPF 60 dwa razy bardziej niż trzydziestka, tak?

NIE. Zależność między SPF a ochroną przed promieniowaniem jest funkcją wykładniczą (czyż nie jestem najlepiej wypielęgnowaną matematyczką?), czyli np. SPF 15 zatrzymuje 93% promieniowania UV, SPF 30 zatrzyma 97% promieni, a SPF 50+ około 98%.

Oznaczenia UVA:

tu jest gorzej, bo według mej najlepszej wiedzy, wymagania dotyczące promieniowania UVA nie są jeszcze tak dobrze dopracowane jak UVB.

Najczęściej spotykane sposoby opisu ochrony UVA to:

  • PPD/IPD: (Persistent/Immediate Pigmentation Darkening). Oznaczenie to stosowane jest najczęściej przez europejskich producentów, zasada jest podobna jak w przypadku SPF – ilość minut do normalnego zaróżowienia na słońcu x faktor = czas ochrony. Niestety, regulacje w tym temacie są jeszcze niedoskonałe i PPD jednego producenta może oznaczać inną ochronę, niż u innego. Life is brutal.
  • PA+/++/+++/++++: oznaczenie PA z plusikami wywodzi się z Japonii i stosują je głównie producenci azjatyccy. Według Japan Cosmetic Industry Association:

– PA+ odpowiada PPD 2-4,

– PA++ to PPD 4-8

– PA+++ to PPD 8-16

– PA++++ to PPD powyżej 16.

Co jeśli na opakowaniu widnieje opis „broad spectrum”?

Niektórzy producenci opisują swoje filtry jako „chroniące przed UVA i UVB” lub „broad spectrum”. Oznacza to tyle, że produkt zawiera filtry chroniące przed oboma typami promieniowania, ale nie wiadomo w jakiej wysokości – chyba że jest też numeracja PPD lub SPF. Jeśli jej nie ma, to prawie pewne, że krem nie będzie nas chronił skutecznie i nie ma co na niego liczyć.

3. Filtry fizyczne i chemiczne – jaka jest różnica? Co dla mnie?

Nerd alert! W dużym skrócie, mamy dwa rodzaje substancji chroniących przed promieniowaniem UV – fizyczne i chemiczne. Oba działają tak samo dobrze, ale w inny sposób.

Filtry chemiczne:

to substancje, które absorbują i przechwytują promienie słoneczne na powierzchni naszej skóry. Ponieważ chemiczne filtry reagują z promieniami UV, zostają zużyte i rozpadają się w tym procesie – dlatego często nie są polecane dla dzieci i osób z wrażliwą skórą. To tłumaczy również konieczność reaplikacji kremu z filtrem chemicznym co kilka godzin – po prostu się zużywa.

Ich plusem jest to, że nie są tak wyczuwalne na powierzchni skóry i nie zostawiają napawającego grozą „białego filmu”.

Filtry fizyczne:

to tlenek cynku i dwutlenek tytanu, które tworzą na skórze powłoczkę działającą jak lustrzana tarcza odbijająca promienie słoneczne. Filtry fizyczne nie rozpadają się w kontakcie ze słońcem, pozostają cały czas w tej samej chemicznej formie i dlatego nie powodują podrażnień zdarzających się filtrom chemicznym. Mimo tego trzeba je również regularnie reaplikować, bo z czasem warstewka filtra zmywa się z potem, wodą, ściera w kontakcie z ubraniami itp.

Minusem filtrów fizycznychjest sposób ich działania – ponieważ odbijają promienie słoneczne, często powodują świecenie się skóry i białą poświatę, szczególnie na zdjęciach z lampą błyskową. Filtry fizyczne mają postać białego proszku, więc potrafią też bielić i być dość gęste (myśl: szpachla) – choć nowoczesne, ultradrobne cząsteczki minimalizują te problemy.

Warto zauważyć, że najskuteczniejsze filtry łączą w sobie kilka różnych substancji chroniących przed słońcem. Więcej szczegółowych informacji znajdziecie w tym artykule Biotechnologii i z Bio-Medu tu.

4. SPF 50+? Jaki faktor wybrać?

I tutaj narażę się wszystkim filtromaniaczkom, które postulują filtr 50+ i tylko 50+, a jak wymyślą więcej, to więcej.

Jak już widzieliśmy, różnica w ochronie przeciwsłonecznej filtra SPF 30 a SPF 50+ to procent. Dermatolodzy w Stanach proponują dla mieszkańców miast SPF 15, nasi SPF 30, Azjatki to się w ogóle kąpią w SPF 50 przed wyjściem, a potem siedzą pod parasolem w okularach przeciwsłonecznych.

Moje zdanie (podkreślam – osobiste!) jest takie, że na co dzień najlepiej wybrać filtr, którego bez bólu będziemy w stanie nałożyć grubszą warstwę. Jak pewnie wiecie – wszystkie oznaczenia ochrony są ustalane w warunkach laboratoryjnych – jakiś technik smaruje szkiełko kremem w zawrotnej ilości 2mg/cm i mierzy sobie radośnie ilość promieniowania z drugiej strony.

Nikogo nie interesuje bielenie, tłustość, klejenie itp, bo szkiełko nie protestuje, że mu makijaż spływa. Jak dla mnie – filtr np. SPF 20 jest ok, byle nałożyć go jak najwięcej i sprawdzić, że mamy także ochronę UVA.

Dlatego kocham filtry azjatyckie – nie wiem, jak oni to robią, ale nawet SPF 45 PA++++ nałożony jakby świat miał się skończyć leży jak dobry krem nawilżający. Oczywiście nie każdy, ale poczytawszy recenzje bez większego problemu można znaleźć coś dla siebie.

Nowoczesne formulacje filtrów nie tylko chronią przed promieniowaniem, ale także zawierają składniki nawilżające, pielęgnacyjne, antyoksydanty, czasem nawet pigmenty, więc naprawdę żyjemy w czasach filtrowego Eldorado.

Reasumując: wiadomo, że im więcej, tym lepiej, ale znajdźmy kosmetyk z SPF przynajmniej 15, który zastąpi nam poranny krem i którego aplikacja w większej ilości sprawi nam przyjemność. Owszem, da się. You’re welcome.

5. Krem, żel, spray? Jaką formułę wybrać?

Jaka nam pasuje 🙂 Teoretycznie żele i żel-kremy są bardziej odpowiednie do cer tłustszych, a kremy i balsamy dla suchych. Tyle teoria. Z wieloletniej praktyki wiem, że produkty ochronne są jeszcze bardziej nieprzewidywalne, niż inne – rozmaite filtry fizyczne i chemiczne różnie wpływają na konsystencję i kosmetyczne walory produktu. 

Niby można testować, pieniądze wydawać, frustrować się nieskończenie, ale po co? Tyle blogerek już się dla nas wymęczyło, recenzje napisało, korzystajmy!

Słowo o spray’ach: z oczywistych względów, trudno tu zmierzyć ilość użytego produktu, ciężko ocenić czy już dość, czy jeszcze nie (chyba że jesteś kimś, kto napsika spray’u do kieliszka z podziałką, wtedy chcę cię poznać, możesz być naprawdę ciekawą osobą :D). Dlatego raczej nie traktuję spray’ów jako podstawowej ochrony.

Co robię ja: używam filtru w kremie/żelu rano, a spray wrzucam do torebki i traktuję jako podręczny reaplikator. Większość pięknie nakłada się na makijaż i nie wymaga dotykania twarzy (zawsze plus). Nie zrozum mnie źle – nie nastawiam alarmu co dwie godziny i nie pilnuję się nadmiernie – reaplikuję praktycznie tylko wiosną/latem i tylko jak mi się przypomni. Powinnam pewnie częściej, ale mam życie, pracę, rodzinę, kota.

To tyle na dziś. Już podczas pisania tego artykułu wyszło, że o filtrach, to ja mogę cały dzień i na tym się nie skończy – mam już w planach kolejne kilka pytań, ale może macie jakieś sugestie? Jakieś pytania, które Was w sprawie filtrów nurtują? Coś o makijażu z filtrami może? Albo o „naturalnej” ochronie? Dajcie znać, a będzie Wam dane.

  • Mru

    bardzo ciekawy i przydatny post 😉

    • Karolina

      Dzięki Mru 🙂 widzę, że u Ciebie króluje ostatnio Evree, koniecznie muszę spróbować tego balsamu multifunkcyjnego, bo jako sucharkowi wysycha mi praktycznie wszystko w trybie błyskawicznym!! Pozdrawiam :*

  • Przydatny post, idealny na zbliżające się lato!

    • Karolina

      Dzięki 🙂 Mam nadzieję, że wkrótce zamieścimy nasze typy filtrów na lato 🙂 Choć u mnie najlepiej się sprawdza chodzenie po zacienionej stronie ulicy, hehehe 🙂

  • Kolejny temat, na którym się nie znam 😉 Kremy z filtrem kupuję dopiero odkąd mam dziecko, sama nigdy się nie smarowałam.

    • Aga

      W naszym klimacie filtry to niespecjalnie popularny temat, ale warto spróbować. Chociażby dlatego, że taki filtr może spokojnie zastąpić poranny krem i działa przynajmniej tak samo dobrze (jeśli nie lepiej), jak drogie kremy przeciwzmarszczkowe 🙂