Kosmetyczka Pod Namiot

5 produktów pod namiot – Wrażliwiec w podróży

Kojarzycie przysłowie, że rodziny się nie wybiera? Błędnie sugeruje ono, że wybiera się inne rzeczy, na przykład przyjaciół. Mam swoją teorię na ten temat uwzględniającą miejsce zamieszkania, szkołę i znajomych rodziców, ale nawet zakładając, że przyjaciół możemy sobie wybrać, to już na pewno nie wybieramy ich hobby ani upodobań. O, nie.

W ramach nieśmiesznych żartów Ironii Wszechświata, moi znajomi kochają przyrodę, sport oraz wszelkie przebywanie blisko z łonem natury – najlepiej pod namiotem lub w domku w sercu którejś puszczy. Dlatego często okazuje się, że zanim się obejrzę, mam zaplanowane wakacje w jakimś absolutnie cudownym miejscu. Niestety, na polu namiotowym.

Jedno co musicie o mnie wiedzieć – nie lubię namiotów. Nie lubię też campingów, przaśnych chat w lesie, spływów kajakowych i domków bez łazienki. Dlaczego? Bo gryzą mnie robale. Jest mi w nocy zimno. W dzień jest mi gorąco. Zawsze coś mnie uwiera w plecy. Albo w pupę. A przede wszystkim – NIE MA ŁAZIENKI!

Nie mam specjalnie wygórowanych wymagań co do warunków mieszkaniowych na wakacjach, luksusów nawet nie lubię, ale łazienka by się przydała. Jest jednak jak jest i trzeba sobie jakoś radzić. Dlatego poniżej zdradzam, jak spakować na wyjazd tylko 5 produktów i przeżyć.

Dlaczego tylko pięć? Bo więcej i tak nie użyję 🙂 Doświadczenie mnie już nauczyło, że zabieranie produktów „bo może się przyda” kończy się tym, że targam ze sobą niepotrzebnie ciężką torbę przez te chęchy i mam z tego tylko odciski.

1. Żel do mycia

Przy czym – tego samego żelu używam do twarzy, ciała i mycia włosów. Wiem, apokalipsa. Generalnie nieufnie podchodzę do jakichkolwiek produktów typu 2w1, ale w obliczu kąpieli w zimnym jeziorze lub pod workiem zawieszonym na gałęzi, moja niechęć do wielofunkcyjności schodzi jakby na drugi plan.

Przelewam sobie do mniejszej butelki coś, co znam i lubię, nie kupuję tych słodkich miniaturek dostępnych w drogeriach, bo nigdy nie wiem, czy mi nie zaszkodzą. Życie Wrażliwca. Bardzo dobrze w roli myjki do wszystkiego sprawdzał się żel normalizujący Ziaja Pro (więcej o nim w recenzji) oraz szampon w kostce Lush. Szampon Lush jest w ogóle moim wyjazdowym ulubieńcem, ma też przefajne metalowe opakowanie.

Wiadomo, że nie jest to rozwiązanie idealne, ale na tydzień lub dwa spokojnie daje radę. Dłużej pod namiotem i tak nie wytrzymam.

2. Krem z filtrem

Chyba się nie spodziewałyście, że nie będzie filtra? Skoro używam na co dzień, to na wyjazdach tym bardziej. Zabieram ze sobą jeden krem, który służy mi do twarzy i ciała.

Nie jest to sprawa łatwa, bo filtry do ciała na twarz mi nie służą, a tych do twarzy szkoda mi do ciała. Paragraf 22, normalnie. W praktyce najczęściej poluję miesiącami wcześniej na promocje ulubionych filtrów i kupuję oszczędnie. Ostatnio testuję też filtr Ziajka wodoodporny SPF50+ i wprawdzie do codziennej pielęgnacji jest trochę za ciężki, ale chyba będzie idealnym filtrem ogólnowyjazdowym.

3. Olej

Co do rodzaju – bywa kokosowy, zdarzał się arganowy lub migdałowy – raczej jeden z cięższych, nieschnących. Wybrany olej służy mi jako balsam do ciała, odżywka do włosów, zmywacz do makijażu (niom, maluję się pod namiotem – leciutko i – gasp! – bez lustra), krem do twarzy. Jest do wszystkiego właściwie.

Pamiętam incydenty kryzysowe, kiedy na moim biednym oleju smażyliśmy też rybkę. Ale to było dawno.

4. Tonik z octem jabłkowym

Ogromną zaletą używania toniku octowego na „rustykalnym” wyjeździe jest to, że można wyjść z nim na dwór i nikt (czytaj: Lord Mąż) nie narzeka na zapach. Tonik biorę ze sobą, ponieważ jest uniwersalnym środkiem na a) kontynuowanie gładkości skóry oraz b) utrzymanie wyprysków pod kontrolą.

Twarz jak twarz, ale tonik octowy rządzi na wyjazdach przede wszystkim na ciele. Nie wiem jak to u was wygląda, ale moja skóra reaguje na lato nadmierną produkcją zaskórników i niedoskonałości, szczególnie w okolicach np. pasków od stanika i innych miejsc, gdzie materiał ociera się o moją osobę. Wiąże się to na pewno ze zwiększoną produkcją potu oraz regularnym stosowaniem kremów z filtrem na absolutnie wszystko. Skóra doznaje szoku i się mści.

Wtedy wkracza tonik octowy i mówi „hej skóro, nie musisz świrować pawiana, albowiem przybyłem!”. Dlatego tonik jeździ ze mną wszędzie – latem i zimą, nawet pod namiot lub do zapomnianego przez cywilizację domku.

5. Krem kryzysowy

Czym jest krem kryzysowy? Jest to produkt, który w dużym skrócie służy do wszystkiego. Pomaga na wywołane namiotowym stresem wypryski, niedosmarowane filtrem przypieczenia, kajakowe otarcia, ukąszenia owadów. W wolnych chwilach wprowadza pokój na Bliskim Wschodzie oraz karmi dzieci w Afryce.

Czy istnieje takie cudo? Osobiście znam tylko dwa. Jednym jest kultowy już, acz niepozorny krem Vicco z kurkumą i olejkiem sandałowym, a drugi to Pilarix z mocznikiem. Nie mam pojęcia, jak te kremy to robią – zwłaszcza że są całkiem różne – ale naprawdę łagodzą chyba wszystkie drobne i większe skórne problemy, jakie przydarzają mi się na wakacjach. Z resztą nie na wakacjach również.

To moje obowiązkowe 5 produktów. Nie zaliczam do nich dezodorantu lub pasty i szczoteczki do zębów, bo nie uważam ich za kosmetyki, a bardziej artykuły higieniczne. Poza tym to moja lista i mogę ją przygotowywać jak chcę 🙂 Oczywiście oszukuję i w ostatniej chwili wrzucam do torby jeszcze np. mini suchy szampon i pomadkę z filtrem, ale o tym nikt nie musi wiedzieć.

Macie jakieś swoje triki wyjazdowe? Zawsze szukamy nowości i lepszości, więc dzielcie się i szerzcie sposoby na przeżycie w dziczy!

  • martadobr

    Chyba bym się nie zamknęła w pięciu produktach.:) Zawsze mam plan wzięcia myjadła 3w1, ale na 90% nie domywałoby włosów. Wychodzi, że ze mnie księżniczka, ale, uwaga, jednocześnie co wakacje jadę pod jakiś namiot, zdarzył się też morski rejs (w portach normą są łazienki, a nic tak nie wygładza cery, jak przerzygana noc!). Ja i mój mąż wykazujemy podobne zamiłowanie do szlajania się po górach, niestety ja przy tym mam nieporównywalnie większe zapotrzebowania pielęgnacyjne. W naprawdę spartańskich warunkach zdarzało mi się nawet używać serum.:p Od paru wyjazdów jestem nieprzejednana w kwestii wieczornego mycia: muszę mieć zagotowaną choć odrobinę ciepłej wody do buzi. Do porannego mycia rok temu używałam płynu micelarnego, ale odwidziało mi się micelowanie, więc… No i koniecznie filtr, którym w ostrym górskim słońcu nie pogardzi nawet mój mąż o irańskiej karnacji. W roli wielofunkcyjnego (w tym również niezapychającego i kojącego nawilżacza na noc) był u mnie rok temu Post Treat Gel Arkany, którego porcję ofiarowała mi kosmetyczka, ale teraz go nie mam, więc zainteresuję się tym Pilarixem; niby nazwa mi znana, ale jakoś nie miałam jeszcze okazji.

    • Aga

      Ja się ograniczam na maksa, ale tylko przy ekstremalnych wyjazdach. Serum po całym dniu na wodzie lub w lesie, wieczornym ognisku i grach planszowych przez pół nocy mnie jednak przerasta 🙂 Mycie absolutnie rozumiem – micel mi filtra po prostu nie domywa i potem jest problem, chociaż rano mógłby być. Ale ponieważ i tak go nie biorę, używam rano albo żelu/kostki (jak wieczorem) albo po prostu toniku jabłkowego i daje radę. Przez tydzień 😀 Arkana ma super produkty, ale niestety drogie i zazwyczaj chomikuję środki na jakiś specjalny cel, który albo ma mega skład, albo sprawia mi super frajdę.

      • martadobr

        Nie no, serum tylko rano, w nocy pod namiotem nic nie widać.;) Ale teraz bym sobie odpuściła. Arkana jest dość droga (choć nie tak droga jak niektóre produkty, których blogerki/youtuberki potrafią mięć po kilka na raz;)), dlatego do tej pory poprzestałam na próbkach. A zamiast tego ich żelu super się sprawdzi pewnie żel aloesowy. Jak w ogóle mogłam o nim zapomnieć! Od paru miesięcy ląduje u mnie codziennie na zaczerwienieniach i swędzeniach.

        • Aga

          Już myślałam 🙂 Żel aloesowy przypomniała mi ostatnio Karolina – mój gigant Missha się skończył już jakiś czas temu i też się teraz zastanawiam, dlaczego nie kupiłam nowego. Tylko może w jakimś bardziej normalnym opakowaniu, bo taka wielka wanna żelu nie jest specjalnie poręczna 🙂

  • Mru

    Też zawsze jak wyjeżdżam to stawiam na wielofunkcyjność 😀 I też nienawidzę namiotów, dokładnie z tych samych powodów, co Ty 😀

    • Aga

      Chociaż ktoś mnie rozumie 🙂 Aż się trochę nie przyznaję czasem, żeby na księżniczkę nie wyjść 😀

  • Haha, ja też nie lubię i pod namiot to bym się nie wybrała 😉

  • Och, ja również zawsze cierpię podczas wszelkich namiotowo-campingowych wyjazdów z powodu braku komfortowej łazienki (już się cieszę na najbliższy wyjazd w góry, hura!). A co do pakowania kosmetyczki, to chętnie czytam takie wpisy, bo zawsze o czymś zapominam/wezmę czegoś za dużo itd 😉