Czerwone_kropki_jak_sobie_z_nimi_radzic

Paskudne czerwone kropki i jak sobie z nimi radzić

Temat bardzo na czasie, bo po stresującym i przepracowanym (!!) lecie dopadł mnie znany wysyp czerwonych kropek i już grubo ponad miesiąc nie chce puścić. Jak ja to kocham. Odechciewa mi się wszystkiego w takich momentach. Pociesza mnie fakt, że po latach walk mam jednak pewien zestaw technik, które działają: jeśli chcecie je poznać, czytajcie dalej 🙂

Najpierw jednak o co chodzi.

Wrażliwcom nie trzeba akurat tego fenomenu specjalnie przedstawiać. Wrażliwce wiedzą, o co chodzi: czerwone stany zapalne w postaci maleńkich pryszczyków lub mniejszych lub większych czerwonych ognisk. Potrafią pojawić się znienacka, bez wyraźnego powodu, trwać, ile chcą, wchłonąć się, kiedy chcą. Co gorsza, potrafią być „zaraźliwe„, to znaczy z czasem zaogniają wokół siebie całe okoliczne terytorium. Bardzo szybko więc zamiast jednego stanu zapalnego mamy cały czerwony archipelag – co też obecnie widzę na twarzy. Bu-hu.

Czerwonych kropek nie należy mylić z wolno dojrzewającymi wypryskami. Czerwone kropki to raczej krótko- lub długotrwałe podrażnienia, reakcje na tajemniczy czynnik XYZ, który czasem da się zidentyfikować, czasem zupełnie nie. Mogą się wtórnie nadkazić i rozwinąć w klasyczny wyprysk. Z tego powodu lubią rozwijać się w mikrobliznach po dawnych problemach (tzw. „kieszeniach”). Obecna mapa mojego małego czerwonego archipelagu jest mi doskonale znana z przeszłości. Inne posiadaczki skóry wrażliwej też prawdopodobnie wiedzą mniej więcej, w których rejonach twarzy można się spodziewać ataku: tam, gdzie teren jest nierówny na skutek poprzednich bitew, gdzie stan zapalny może łatwo wejść w reakcję z resztkami niedomytego makijażu albo jełczejącym sebum.

Co wywołuje czerwone kropki?

Tak jak wspomniałam, jest różnie. Może to być:

  • stres (czyli wystarczy się przestać stresować, tak właśnie. Dzięki za radę);
  • reakcja na nielubiany składnik (w nowo wypróbowywanym kremie); znany składnik (w regularnie używanym kremie), który skórze się przejadł albo który chciałaby otrzymywać z mniejszą częstotliwością (zgadnij jaką?); reakcja na konfigurację składników, które osobno mogą być tolerowane, ale nie razem, bo taki ma skóra kaprys;
  • resztka niedomytego makijażu, która weszła w mikrobliznę i zaczyna żyć własnym życiem, powodując stan zapalny;
  • czynniki atmosferyczne: przegrzanie skóry, wiatr, wilgoć, suche powietrze… itd.;
  • pora roku (niektórzy wrażliwce obserwują pogorszenie we wrześniu / październiku, czyli ach! Mogę ustawiać kalendarz pod mój czerwony archipelag!);
  • uraz fizyczny (skórę podrażniają opadające włosy muskające stale policzek, nowy detergent, w którym prałyśmy pościel, zbyt szorstki ręcznik);
  • hormony (kolejna sprawa, którą tak łatwo jest kontrolować);
  • zmiana twardości wody lub nadużycie wody w oczyszczaniu twarzy;
  • żadna z powyższych odpowiedzi;
  • wszystkie z powyższych odpowiedzi;
  • tajemnicza konfiguracja kilku z powyższych odpowiedzi i czynników niezidentyfikowanych.

Np. w moim przypadku mój obecny archipelag zawdzięczam bezpośrednio prawdopodobnie przegrzaniu skóry w sierpniu. Poddenerwowana skóra oczywiście zaczyna silniej reagować na wszystko inne, tak więc stres, nowe kosmetyki, brak snu etc. Słowem, to, co zwykle skóra przyjmuje obojętnie lub nad czym przechodzi do porządku dziennego dosyć szybko, teraz zaczyna ją konkretnie wkurzać.

No więc co z cholerstwem robić?

1. Nie panikować.

To trudne, zwłaszcza gdy stan trwa kilka tygodni, a poprawa jakby była, ale tak naprawdę jej nie ma. Nie panikować, czyli nie sięgać po ciężkie kwasy, mocne peelingi czy inne specyfiki w mniejszym lub większym stopniu drażniące skórę. Czas czerwonych kropek to czas kompletnej pielęgnacyjnej nudy.

2. Zresetować pielęgnację.

Czyli maksymalnie ją zminimalizować i odchudzić. Czasem wystarczy odstawić nowości (nawet jeśli tych „nowości” używamy już dobre kilka tygodni / miesięcy). Wrócić do tego, o czym z pewnością wiemy, że działa na skórę neutralnie. „Nowości” nie wyrzucamy, bo bardzo możliwe, że skóra tak naprawdę je lubiła, ale po prostu w tej chwili jest to dla niej za dużo. Bardzo możliwe, że po kryzysie cera zareaguje znowu bardzo pozytywnie. (Choć czasem chemia nie teges, nieważne jak niesamowity jest skład. Cóż. Odkładamy na kupę kremów „do szyi” bądź cedujemy koleżance w ramach oddawania dobrej karmy).

3. Jeśli to możliwe, przejść na sypki podkład mineralny.

W stanach większego podrażnienia skóry warto rozważyć odstawienie podkładu w płynie i przejście na sypkie minerały, choćby na pewien czas. Tam gdzie woda (płyn), jest życie, a my chcemy koniecznie uniknąć nadkażeń i zbędnych bakterii. Uwaga, nie każdy proszek nazwany w drogerii mineralnym jest naprawdę tylko mineralny. Od siebie polecam polską firmę Annabelle Minerals, która sprawdza się i u Agi, i u mnie, i coraz częściej bywa dostępna stacjonarnie.

4. Skupić się na łagodnym oczyszczaniu cery + toniku.

Zachwiania równowagi pH mogą mieć kiepskie konsekwencje, zwłaszcza gdy cera jest zirytowana (więcej o tym Aga, która jest pHowym geekiem!). Jeśli zwykle zapominamy o toniku (zdecydowanie jest to mój problem), to odgrzebujemy go teraz i stosujemy rygorystycznie po oczyszczaniu. Jak zwykle polecam oczyszczanie twarzy olejem, ale to już kwestia indywidualna; ma być łagodnie i nieinwazyjnie. Czyli ponownie: bez peelingów, kwasów i drobinek. (Edit: kwasy stały się obecnie tak modne, że wiele drogeryjnych kosmetyków ładuje je do wszystkiego, nie zawsze się tym chwaląc! Polecam lektury składu, zawsze! Piszę z autopsji, konkretnie o enzymatycznym płynie do mycia twarzy od Vianka). Toniki o nieprzekombinowanych składach w rozsądnych cenach: moje ukochane Evree, mają opcje dla każdej cery.

5. Zainwestować czas w maseczkę z glinki.

O mojej ukochanej wyciszającej maseczce pisałam już tutaj. Najlepiej wybrać wariant bardziej oczyszczający, czyli dodać mocnej glinki (zielonej, żółtej lub Rhassoul). Były takie tygodnie, kiedy kładłam ją regularnie co wieczór, bo tylko to pomagało w stopniowym unicestwieniu archipelagu.

6. Wytoczyć arsenał antyzapalny.

W mojej apteczce nie może zabraknąć tlenku cynku, oleju z miodli indyjskiej i olejku eterycznego z drzewa herbacianego. Tlenek cynku nakładam zwykle na noc, pałeczką kosmetyczną, na olej lub krem, punktowo na stany zapalne. Działa bardzo skutecznie – rano stany zapalne są drastycznie zmniejszone – ale trzeba być konsekwentnym. Oleju z miodli indyjskiej używam czasem na całą twarz na krem, ponownie na noc. I oczywiście rozcieńczony olejek z drzewa herbacianego świetnie się sprawdza nakładany punktowo na stany zapalne.

7. Zadbać o nasz dobrostan psychiczny i żywieniowy, zwłaszcza w okresach stresu.

Stres zmienia zwykle okresowo nasz sposób odżywiania się: jemy za mało, za dużo albo śmieci, pijemy za mało wody, a za dużo używek 🙂 Czasem przestajemy nawet tolerować to, co zwykle mogłyśmy jeść bez problemu. Zwolnijmy i dajmy sobie czas na zwykłe życiowe czynności. Tylko tyle i aż tyle. Nie rezygnujmy z siłowni czy innych ćwiczeń, nie jedzmy z nosem w telefonie czy w komputerze, nie wybiegajmy przez cały czas myślą w przyszłość, spróbujmy pobyć tu i teraz. Nie zapominajmy o braciszku Ciele: skóra nam podziękuje.

8. Mieć otwarty umysł.

Czyli przemyśleć obecną pielęgnację. Bardzo często problemy skórne, zwłaszcza te, które teoretycznie wydają się być bez przyczyny, to sygnał ze strony skóry. Sygnał jak najbardziej pozytywny: znak, że skóra się zmieniła i potrzebuje dostosowania pielęgnacji do swoich nowych potrzeb – a my nie widzimy tego i dalej staramy się wmusić jej to, co kiedyś się tak świetnie sprawdzało. Na przykład przy okazji mojego obecnego kryzysu wyszło na jaw, że moja skóra zmieniła się… chyba na lepsze! Przestała reagować bardzo pozytywnie na oleje i jest żądna dobrego kremu. Jestem w stanie ciężkiego szoku, bo przedtem dobry olej zawsze się u mnie sprawdzał, a na kremy zawsze był wielki foch. Teraz jest dokładnie odwrotnie. Gdy tylko wreszcie to do mnie dotarło i zminimalizowałam pielęgnację do porannego serum i wieczornego kremu, przy niemal całkowitym wyeliminowaniu olei, stan cery natychmiast się poprawił.

9. Czekać.

Hehe. No cóż, nic innego nam nie pozostaje. U mnie jest zdecydowanie lepiej, teraz oczywiście pozostał mi archipelag blizn (no właśnie, czy wspomniałam, że po czerwonych kropkach zostają nam małe czerwone znamionka?),  ale listopad przede mną i możliwe, że skóra po prostu chce trochę pomarudzić. Dobrze, że już wiem, co w takich okresach robić, i nie czuję się tak okropnie bezsilna.

Znacie te paskudne czerwone kropki? Macie na nie jakieś patenty? Co się sprawdziło, a co nie? Piszcie, słuchamy!

Karolina

Całe życie walczę z trądzikiem różowatym. Na szczęście dzięki właściwej pielęgnacji udało mi się go plus minus rozłożyć na łopatki. Na tym blogu zdradzam wszystkie moje pielęgnacyjne tajemnice. Nadstaw ucha :)

  • Życzę wygranej walki z czerwonymi kropkami! 🙂

    • Karolina

      Nie dziękuję 🙂 Teraz jeszcze dopadły mnie zawirowania hormonalne….. ehhh…. ale jednak wiem, że bez świadomej pielęgnacji byłabym w jeszcze większej czarnej dziurze, więc jednak coś z tego mojego otrzaskania mam, hehe.

  • Ja ostatnio zauważyłam wysyp – archipelagi tu i tam. Ale wiem, że połowa z tej listy jest tego powodem (stres, jesień, suche powietrze, a właściwie również brak odpowiedniej pielęgnacji – cóż skończyła się część i czekam na „dostawę”). Zaraz się z tym wszystkim odpowiednio rozprawię. 🙂

    • Karolina

      Dzięki A. 🙂 Jakieś ulubione sposoby, poza pielęgnowaniem wewnętrznego zen?