Samoopalacz Dla Idiotów

Samoopalacz dla idiotów w 3 krokach, czyli jak nie być w paski

Zacznijmy od tego, że jako posiadaczce skóry o naturalnym odcieniu świeżo skubanego drobiu temat samoopalania jest bliski. Lord Mąż w końcu przekonał mnie, że trzeba doceniać pokolenia przodków, którzy z poświęceniem pracowali na mój mleczny odcień i nie samoopalam się przez cały rok, ale latem blade odnóża z lekkim brązem wyglądają bardziej szczupło i nie wzbudzają rodzinnej  sensacji (ciocia: „Kochanie, jesteś chora, taka jesteś bladziutka?”, ja: „Nie ciociu, ja tak wyglądam”).

Pamiętam z młodości (ha!) pierwsze na rynku samoopalacze i balsamy brązujące i nie jest to przyjemne wspomnienie – były pomarańczowe i choćby nie wiem jak się starać, zawsze wyszły plamy. Zawsze. Najczęściej oczywiście na czole lub innej prominentnej części ciała. Tym bardziej cieszy mnie, że kosmetyka idzie do przodu i w rozmaitych specyfikach do chemicznego opalania możemy przebierać, a ja po latach wreszcie dopracowałam technikę ich nakładania.

Zaznaczam od razu, że nie jestem ekspertem w dziedzinie samoopalania – nadal czasem wyjdzie mi gdzieś linia lub plamka, ale właśnie dlatego piszę ten artykuł – moje wskazówki naprawdę są dla idiotów w tej dziedzinie (jak ja) i przy odrobinie zaangażowania nie da się tego spartolić.

Jaki kosmetyk wybrać?

Różnorodność kosmetyków do samoopalania może przyprawić o zawrót głowy – kremy, balsamy, musy, pianki, olejki, chusteczki, preparaty dwufazowe, koloryzujące, błyszczące, strach się bać. Co więc wybrać?

Niestety, nie na to pytanie absolutnie nie ma prostej odpowiedzi. O ile konsystencję możemy wybrać na bazie osobistych preferencji, to już kolor jest nie do przewidzenia. Możemy oczywiście czytać recenzje i szukać odpowiedniego odcienia, ale magia chemii sprawia, że dihydroksyaceton odpowiedzialny za „opalanie” da nam różny kolor w zależności od innych składników kosmetyku oraz właściwości naszej skóry – PH, stopnia nawilżenia, naturalnej karnacji itp.

Czyli nie pomogę 🙂 Pozostaje nam niestety testować i szukać swojego ideału. Osobiście wybieram kosmetyki raczej na bazie olejku lub kremu, w moich niewprawnych łapkach robią mniej plam, niż na przykład pianki. Pianki w moim doświadczeniu najmniej się sprawdziły. Generalnie eksperci skłaniają się ku preparatom dającym bardziej oliwkowy odcień, uznawany jest za bardziej naturalnie wyglądający i muszę się z nimi zgodzić – pomarańcz zostawiamy amerykańskim więźniom i żonom magnatów z Kalifornii.

Do jasnej czy ciemnej karnacji?

Większość firm ma w swojej ofercie każdy samoopalacz w wersji jasnej i śniadej, niektórzy oferują nawet więcej opcji. Być może przemawia przeze mnie wrodzony bledzioch, ale zawsze wybieram kosmetyki jaśniejsze.

Istnieje ryzyko, że efekt będzie mniej zauważalny, ale zawsze można dołożyć drugą warstwę, a wersje do ciemnej karnacji bardzo często powodują powstanie zbyt ciemnego odcienia i nawet najdrobniejsze niedociągnięcia w aplikacji widać jak billboard na Pałacu Kultury. 

Wyjątkiem są tu balsamy brązujące, których jaśniejszej wersji często nawet na mnie nie widać, a to już jest skandal 🙂

Jak się za to zabrać?

Wreszcie, moja osobista tajna metoda 🙂 System ten został wypracowany metodą prób i (ogromnie wielu) błędów, u mnie ogranicza ilość smug o około 90%, czyli jest już naprawdę nieźle. W praktyce wygląda to tak:

  1. Na dzień przed planowanym samoopalaniem robię porządny peeling i nakładam olejek do ciała. Peeling i balsam/olejek w ten sam dzień sprawia, że opalenizna dużo szybciej mi znika – nie mam pojęcia dlaczego. Skrót dla leniwców – jeśli zrobię peeling cukrowy na bazie olejku, nie muszę już niczego wsmarowywać po kąpieli, olej z peelingu załatwia sprawę.
  2. Następnego dnia popołudniu nakładam kosmetyk samoopalający i zostawiam na 2-3 godziny. Oczywiście gdzieś po drodze się ubieram 🙂 Wieczorem biorę prysznic, nigdy nie zostawiam samoopalacza na skórze na noc, inaczej na bank obudzę się cała w pryszczach. Długo nie byłam świadoma tego faktu, ale samoopalacze u bardzo wielu osób potęgują trądzik, więcej na ten temat u dr Sam Bunting.
  3. Do nakładania samoopalacza koniecznie używam gąbczastej rękawicy – to jest mój sekret równomiernej aplikacji. Bez rękawicy zawsze mam plamy na nadgarstkach, kostkach, kolanach, a na plecy nie sięgam. Rękawica prawie całkiem eliminuje smugi i pozwala samodzielnie opalić plecki. Miałam rękawice drogie i tańsze i nie widzę różnicy, więc teraz trzymam się wersji przyjaznych dla portfela.

Potem już tylko regularnie nawilżam co trzeba balsamem lub olejkiem i cieszę się skórą „muśniętą słońcem”, której raczej nie musnęło nic, a już na pewno nie słońce 🙂 Powtarzam cały proces na początku dwa razy w tygodniu, potem raz i czekam na jesień i długie spodnie.

Macie swoją metodę na samoopalanie? A może możecie polecić ulubiony kosmetyk opalający? Ogromnie jestem ciekawa, zwłaszcza jeśli macie coś dla jasnych karnacji.

  • Ja kiedyś miałam obsesję na punkcie bycia opaloną, więc biegałam na solarium i używałam samoopalaczy, a teraz mi na tym jakoś kompletnie nie zależy 😉